I wtedy wchodzę ja! Cała na kolorowo.

Wywiad z Sylwią Ziemann założycielką marki Hey Popinjay.

MV: Znamy się już wiele lat i Twoje początki też, jednak możliwe, że nasi czytelnicy nie słyszeli jeszcze historyjki o powstaniu Twojej marki. Mówimy specjalnie historyjki, ponieważ ze spontanicznego wydarzenia wyrosła marka znana dziś w całej Polsce, ale też za granicą.

Początki marki – Klasyka! Urodziło się dziecko, urodził się pomysł. Pomysł tak na prawdę na jeden produkt. Moje flagowe i do teraz bestsellerowe body z falbankami. A historia ciekawa, bo o stworzeniu marki zdecydowała jedna rozmowa, jeden impuls. Urodziła się moja córka Rita. Początki macierzyństwa były tak trudne w związku z komplikacjami przy porodzie i wiecznie płaczącym dzieckiem, że w pierwszych tygodniach jej życia nie zawracałam uwagi w co ją ubieram. Byle szybko i łatwo. Czyli głównie śpiochy i bodziaki, których koloru nawet mój mąż nie był w stanie rozróżnić. Tu pudrowo różowe, tu szare, tu pudrowe w paseczki tu w serduszka. A po drodze wizyty u teściów, lekarzy, a to dziecko ciągle w tym samym. Umówmy się. Tego typu ubranka w pierwszych miesiącach życia zapewniają największy komfort dziecku, no i co ważne – mamie. Gdy chciałam ją ubrać w coś bardziej eleganckiego lub po prostu innego rezygnowałam bardzo szybko, bo jaki sens nakładania spodni lub sukienek takiemu bobasowi? I tak zaczęłam marzyć o przepięknych śpiochach i bodziakach najlepiej w duże kwiatowe wzory, bo sama osobiście je bardzo lubię, a jeszcze najlepiej z bufiastymi falbankami, co to będą i do
łóżka i do wózka i na wizytę u dziadków i na szczepienie. Byłam chyba na końcu internetu i nie znalazłam nic. W sieciówkach to zapomnij. Usiadłam pewnego wieczoru i mówię do męża „kurde! chyba zaraz sama coś wymyślę” na co mój mąż „noo… wychodzi na to, że znalazłaś niszę – działaj”.
No i poszło! Do rana miałam nazwę marki, pomysł na logo i pierwszy pomysł na pattern, czyli aktualne Black Roses, które od 4 lat nie schodzi z pierwszego miejsca bestsellerów!

MV: Jak już wpadłaś na pomysł marki odzieżowej, to co dalej? Jaki miałaś plan za zbudowanie marki?

Wiedziałam, że oprócz sklepu online muszę wyjść do ludzi. Muszę jeździć, dać się poznać, no i nie ukrywam, że sprzedażowo byłam super. W pierwszych dwóch latach założyłam, że pojadę, gdzie się da! Postawiłam bardzo mocno na targi konsumenckie, ale też biznesowe. Nie patrząc na utargi, koszty, ilość zebranych wizytówek czy ilość kilometrów. Wiedziałam, że oprócz sprzedaży detalicznej sprzedaż hurtowa musi być mocnym ogniwem. Wiedziałam, że to zapewni mi pewną stabilność finansową, a przede wszystkim klienci hurtowi, czyli sklepy, butiki dotrą tam, gdzie ja nie mogę. Bardzo szybko udało mi się znaleźć pierwszych partnerów. Premiera pierwszych bodziaków tfu…premiera to może duże słowo. Jak włączyłam bodziaki na sklepie to był maj, a ja w czerwcu już wysyłałam pierwszą hurtową paczkę do polskiego sklepu, a dwa miesiące później pierwsze paczki szły do Szwecji, Estonii i Szwajcarii. To były emocje! No i oczywiście social media! Tutaj ogromną wagę przykładałam do estetyki. Od początku wiedziałam, że ma
to być „brand”, a nie historia kolejnego handmadu. Nie przykładałam jakiejś super wagi do współpracy z influencerami, choć w porównaniu do dzisiejszych czasów taka współpraca przynosiła wiele dobrego. Te ubrania były na tamten czas tak inne, tak dziwne i tak oryginalne, że zdjęcie udostępnione przez różne mamy w sieci robiły taką furorę, że lajki i kliknięcia i przekierowania na sklep wpadały same.
Miałam dużo szczęścia, że zaczęłam w tamtym czasie. Teraz masz wrażenie, że wszędzie to samo. Myślę, że dziś nie odważyłabym się wystartować no chyba, że z równie oryginalnym pomysłem.

Zobacz:  W Polsce 800+, a co w innych krajach?

MV: Jak wspominasz pierwszy rok tworzenia marki?

Oj bardzo trudny. Początkowo założyłam lub sama przed sobą zabezpieczyłam się myślą, że robię to dla jaj. Że jak nie wyjdzie to nie wyjdzie. Trudno. Będę sobie wysyłać do klientów dwa bodziaki max trzy dziennie z Ritą na plecach i mi starczy. Ale natura wygrała bardzo szybko. Jestem typem bardzo ambitnym i wiem, że porażka by mnie załamała. Dlatego wiedziałam, że muszę cisnąć, że mam ze sobą
wszystko: super pomysł, estetykę, umiejętności, odwagę, siłę, osobowość bardzo dobrego sprzedawcy i duże wsparcie osób mi najbliższych. Przepłaciłam to trochę zdrowiem, bo poprzeczkę postawiłam sobie bardzo wysoko. Sporo wyjazdów, dużych inwestycji, nerwów związanych z brakiem doświadczenia, a tu jeszcze małe dziecko ehhh… no nic teraz wspominam to z uśmiechem na twarzy.

MV : Kiedy poczułaś, że to jest to i uwierzyłaś, że Twój projekt to sukces?

Bardzo szybko! A najśmieszniejsze jest to, że było to na targach Mamavile, kiedy po raz pierwszy wystawiłam się w Warszawie. Był rok 2016 a na wieszakach królowała szara dresówka i skandynawski dizajn. I wtedy wchodzę ja! Cała na kolorowo! (śmiech) Jadąc do Was brzuch z nerwów mnie bolał, bo pomyślałam, że ludzie pomyślą, że zwariowałam z tymi wzorami dla niemowlaków. Tamte targi okazały się
wielkim sukcesem! Na 4-metrowym stosiku w pewnym momencie sprzedawałam ja, mój mąż i małżeństwo znajomych, którzy przyszli odwiedzić nas. Jak sardynki w puszce cały towar sprzedaliśmy w niespełna 4 godziny. Ludzie byli zaskoczeni, chcieli czegoś nowego, innego. Chyba już też byli zmęczeni tymi misiami, liskami i trójkątami, które ostatnie parę lat panowały w modzie dziecięcej. Mam takie trochę
poczucie, że moją marką wykreowałam trend na tego typu motywy w ubrankach dziecięcych, a w szczególności na bieliźnie. Oczywiście nie mam, jak tego sprawdzić. Wiem jednak jedno! Ja byłam pierwsza i nikt przede mną i to jest mój największy sukces!

MV: Mimo, że jesteś już na rynku parę lat mamy wrażenie, że Twoje projekty są cały czas świeże i jeszcze lepsze od poprzednich. Skąd czerpiesz inspiracje i z kim współpracujesz tworząc kolekcje?

Zawsze byłam kreatywnym dzieckiem, choć długo szukałam swojej drogi. Myślałam, że skończy się na fotografii, wnętrzach czy też na grafice. Zawsze lubiłam to robić, choć nigdy zawodowo do tego się nie paliłam, bo to nigdy nie było na 100%. Gdy w końcu okazało się, że mogę projektować czy wymyślać ciuchy wiedziałam, że dam radę. Że to co mnie inspiruje to wszystko wokół, a przede wszystkim natura
i wszystko co z nią związane. Miliony kompozycji, kolorów, a to jest właśnie Hey Popinjay! Moje kolekcje to głównie motywy kwiatowe i zwierzęce. A te królują w każdym sezonie od wielu, wielu lat!
No a z kim pracuje? Ze wspaniałymi, dobrymi ludźmi! Zaczynając od niezastąpionej Pani Jadzi technolog po najlepszą Panią Kasię ze szwalni aż po najważniejsze i najbardziej utalentowane ilustratorki w Polsce takie jak Jagoda Jago czy Olka Osadzińska, które cudownie oddają to co mi w głowie siedzi. To ogromna duma móc z nimi pracować.

Zobacz:  Prawidłowa integracja sensoryczna niemowląt czyli zmora rozwojowa XXI wieku.

MV: Targi Mamaville się rozwijają, nasi wystawcy też, stąd pytanie jakie masz plany na markę Hey Popinjay lub może myślisz już o innych projektach?

Rok temu kupiłam That Way’a, który rozkręca się świetnie. Odkryłam kolejną niszę i do końca przyszłego roku zamierzam wprowadzić na rynek kolejną markę. Co ciekawe – nie będą to ubrania.
Na Popinjay’a planów też jest wiele. Europa podbita i na pewno ten rok poświęcam się ekspansji azjatyckiej. W tej chwili szykujemy z dużym dystrybutorem świetny produkt na rynek japoński który będzie sprzedawany w łańcuchu prawie 400 sklepów. Nie ukrywam, że moim największym marzeniem są Chiny. Od kilku miesięcy zgłębiam tamtejszy rynek. Biorę udział w szkoleniach, seminariach a pod koniec
listopada brałam udział w Misji Gospodarczej do Pekinu z cudownymi pomorskimi przedsiębiorcami, którzy podobnie jak ja upatrzyli sobie Chiny za perspektywiczny rynek.
Widzę tam ogromny potencjał tym bardziej, że produkty europejskie są tam z góry traktowane jako produkty premium. Wyobraź sobie, że 50% całej sprzedaży w światowym e-commerce to Chiny! Sam rynek Chiński jest większy niż 10 kolejnych w rankingu razem wziętych, czyli Europa, Japonia itd. Także szanse dla polskich producentów są tam przeogromne!

MV: Na koniec prosimy o 3 rady Sylwii z Hey Popinjay dla mam, które dopiero myślą o stworzeniu swojego biznesu?


Własny biznes który ma odnieść sukces to nie praca na drugą zmianę lub hobby na wieczór, jak już zaczniesz – zrób to na 100%. Miej przyjaciół, bądź dobrym człowiekiem, partnerem w biznesie. To głównie dzięki ludziom wokół rozwiniesz skrzydła więc tak z nimi żyj żeby chcieli ci pomagać, uczyć Cię a czasem ratować ci tyłek!


mamaville

gonia@mamaville.pl